Tak, wycinam reklamy z YouTube
Bardzo rzadko zdarza mi się korzystać z YouTube na cudzych urządzeniach i za każdym razem doznaję szoku – ILOŚĆ REKLAM JEST NIE DO ZNIESIENIA. Kilka klipów reklamowych pod rząd, przerywanie kilkuminutowego filmu blokiem reklam… Lepsze życie jest możliwe!
Tylko… jakie? Czy jedynym etycznym wyborem jest ten między abonamentem YouTube Premium a pokornym oglądaniem obowiązkowego zestawu reklam? Natychmiast pojawia się kolejne pytanie – czy moralność każe nam siedzieć i patrzeć, czy jednak w porządku będzie wyjście podczas reklam do kuchni lub toalety? I co zrobić z faktem, że megakorporacje klasy Google od dawna kierują się wyłącznie zyskiem a etyka czy dobro społeczne wypadły całkowicie poza nawias? Skoro Google łamie reguły, to czy publiczność też może?
Ten artykuł składa się z dwóch części. W pierwszej piszę, jak omijać reklamy na YouTube. W drugiej – dlaczego nie mam z tym problemu. Sądząc po tym ile emocji wywołała na Twitterku i Facebooku zapowiedź tematu, wsadzam kij w mrowisko.
Zapraszam do komentowania pod tekstem, jak za starych, dobrych czasów! Chętnie też przeczytam polemikę na waszych blogach!
## Część 1 – jak omijać reklamy
**Jeśli techniczny aspekt omijania reklam nie dotyczy lub nie interesuje cię, możesz przeskoczyć od razu doczęści drugiej.**
Aplikacje proponowane poniżej stanowią wybór mój oraz rozmówców z mediów (anty)społecznościowych. To tylko część z dziesiątek sposobów na ominięcie reklam. Jeśli nie napisałem o czymś istotnym – daj znać w komentarzach!
### Odtwarzacz webowy bez reklam (z błogosławieństwem Google)
Na pierwszy ogień idzie strona yout-ube.com, która pozwala odtwarzać filmy bez reklam. Dzieje się to z pełną akceptacją Google, który serwuje te nagrania z „prywatnościowego” wariantu YouTube pozbawionego cookie śledzących.
W tym miejscu zasadniczo kończy się dyskusja, czy firma Google ma coś przeciwko pomijaniu reklam. Skoro dostarcza gotowy mechanizm do osadzania w witrynach zewnętrznych takiej właśnie wersji nagrań, to… nie ma nic przeciwko. Kropka.
_Alternatywa:Invidious – frontend YouTube do samodzielnego hostowania._
### yt-dlp – pobierz filmy na własne urządzenie
W znakomitej większości telewizory, dekodery kablówki / DVB-T, konsole i inne urządzenia multimedialne potrafią odtwarzać pliki audio i wideo z pendrive’a. Jeśli lubisz oglądać lub słuchać audycji dłuższych, niż kilkuminutowe, wygodną opcją może być ich pobranie w formie plików.
Najprostszą metodą jest użycie jednego z setek konwerterów działających w przeglądarce – np. ytdown.to. Plusem jest prostota, minusem – ograniczona liczba formatów oraz zmienny czas oczekiwania na pobranie. Mimo tego jest to najbardziej praktyczny sposób, gdy mamy tylko telefon i chwilowy dostęp do WiFi.
Zdecydowanie większe możliwości daje aplikacja yt-dlp, która potrafi omijać wszystkie zabezpieczenia Google oraz oferuje pełen wachlarz formatów audio i wideo. Owszem, YouTube regularnie zmienia metody wykrywania takich automatów, więc mamy do czynienia z bezustanną zabawą w kotka i myszkę. Co się okazuje! Jeśli myszka jest wystarczająco zdeterminowana, kotek nie ma szans. Dzięki szerokiemu wsparciu społeczności każda nowa metoda zostaje pokonana w ciągu kilku godzin.
Creative ZEN z mojej kolekcji – nadal na chodzie, może odtwarzać pliki z YouTube (po konwersji na DivX/XVid, ma się rozumieć)
Aby zainstalować yt-dlp pod Windows, wystarczy wydać komendę `winget install yt-dlp`. Po chwili będziemy mogli wydać komendę pobierania filmów dodając URL do wywołania programu z linii komend, np. `yt-dlp https://www.youtube.com/watch?v=Nj7I3s_kSs4`. W ten sam sposób można pobrać filmy z setek innych serwisów, np. Vimeo, CloudflareStream i BunnyCdn. Metoda działa na transmisje live – jeśli więc ulubiony autor kasuje webinary tuż po emisji, możemy tą metodą zarchiwizować je na dysku.
Standardowa instalacja yt-dlp ostrzega, że współczesne zabezpieczenia YouTube mogą wymagać zewnętrznego silnika Javascriptu, warto więc zawczasu zainstalować go komendą `winget install DenoLand.Deno`. Co jakiś czas trzeba też zaktualizować yt-dlp komendą `winget upgrade yt-dlp`.
Więcej informacji o podstawowych opcjach programu znajdziemy w tym artykule na Ciemnej Stronie.
### Windows i MacOS
Tu moja rekomendacja będzie krótka – przeglądarka Firefox z dodatkiem uBlock Origin. Dodatek ten działał do niedawna także w Chrome, ale przestał – o przyczynach pisała Ciemna Strona. Jeśli wolisz przeglądarkę opartą o Chromium, to uBlock Origin nadal działa w Microsoft Edge.
Swoje własne mechanizmy wycinania reklam z YouTube stosuje przeglądarka Brave i to właśnie ona pojawiała się w waszych odpowiedziach najczęściej. To faktycznie najprostsza metoda wycinania reklam, bo nie trzeba niczego konfigurować, blokada jest aktywna od razu po instalacji przeglądarki. Warto jednak zapoznać się z listą kontrowersji związanych z Brave. Może warto jej używać tylko do oglądania YouTube?
_Sprawdź również_ :
* _FreeTube – aplikacja desktopowa odtwarzająca filmy bez reklam_
* _DeArrow – plugin podmieniający tytuły i miniaturki na stronie głównej YouTube_
* _Enhancer for YouTube – plugin poprawiający interfejs YouTube wChrome, Edge i Firefoksie_
* _StarTube – dodatek do plugina Tampermonkey przywracający wygląd YouTube sprzed lat (i dekad)_
* _PrzeglądarkaComet od Perplexity – z wbudowanym blokowaniem reklam w YouTube_
* _Return YouYube Dislike – plugin przywracający licznik kciuków w dół_
### Android
Telefon komórkowy potrafi odtwarzać multimedia przy zablokowanym ekranie. Robią to wszystkie aplikacje streamingowe czy podcastowe. A YouTube ? Cóż – rezerwuje tę opcję dla abonentów Premium.
Jeśli nie chcesz lub nie możesz instalować aplikacji nieobecnych w Google Play, do dyspozycji jest mobilna wersja Brave. To najszybszy i najprostszy sposób na odtwarzanie wideo bez reklam i przy wygaszonym ekranie.
Znacznie potężniejsza będzie aplikacja NewPipe, dostępna na stronie newpipe.net. Lista zalet nie ma końca – filmy odtwarzane są bez reklam, przy wyłączonym ekranie, informacja o odtworzeniu nie jest powiązana z twoim kontem Google, filmy można pobrać do oglądania offline, dostępne są subskrypcje kanałów, zakładki i listy odtwarzania. NewPipe jest aplikacją o otwartych źródłach, możesz ją pobrać, samodzielnie skompilować i wrzucić na swoje urządzenia.
Po stronie wad mamy jedynie to, że NewPipe trzeba zainstalować spoza sklepu Google Play – pobierając plik APK, albo za pośrednictwem aplikacji F-Droid.
Zdecydowanie bardziej po bandzie jadą twórcy YouTube ReVanced – to po prostu scrackowana aplikacja Google, która udostępnia wszystkie funkcje premium a dodatkowo zintegrowana jest z bazą danych SponsorBlock, dzięki czemu pozwala na przeskakiwanie bloków sponsorskich obecnych m.in. w filmach influencerów. Również tę apkę trzeba instalować spoza sklepu Play.
_Sprawdź również:_
* _PipePipe – odtwarzacz YouTube bez reklam_
* _Minimizer for YouTube – odtwarzacz z możliwością odtwarzania po wyłączeniu ekranu_
### iOS
Tradycyjnie już – Brave do przeskakiwania reklam, choć w moich testach wygaszanie ekranu czasem skutkowało wyciszeniem audio – z reguły odtwarzanie dało się wznowić widżetem na ekranie blokady.
Na iPhone’ach ~~nie ma mowy o instalacji aplikacji spoza App Store~~ [autopoprawka – w Europie iOS wspiera alternatywne sklepy] , więc twórcy nie mogą odstawiać takich numerów, jak NewPipe czy ReVanced. Musi być grzeczniej. Do eksperymentów polecam TubePod oraz YubePip – obie dostępne w modelu freemium.
Ponieważ nie korzystam z iOS na co dzień, wspomogłem się tym wątkiem na Reddicie. Zerknijcie tam w poszukiwaniu innych alternatyw.
_Sprawdź również (alternatywa z Altstore):YTLitePlus_ – _alternatywny odtwarzacz bez reklam_
### Telewizor
To właśnie na telewizorze YouTube jest najbardziej uciążliwy – nieprzewijalne reklamy trwają nawet minutę zaś te przewijalne, które wskakują podczas emisji, mogą mieć kwadrans lub więcej.
Dostępność i swoboda instalacji nowych aplikacji na TV mocno różnią się w zależności od marki i modelu. Większość nowych telewizorów korzysta z systemu Google TV, w pozostałych można użyć np. dongla Amazon FireTV albo Chromecast.
Aplikacją dla Google TV o największej liczbie udogodnień jest SmartTube. Gdy po instalacji pogrzebiemy w jej ustawieniach, może stać się domyślnym odtwarzaczem do sterowania z aplikacji YouTube na telefonie. Czasem może to wymagać ręcznego parowania na podstawie numerycznego kodu wyświetlanego na ekranie, ale to nadal wygodniejsza opcja, niż późniejsze wpisywanie napisów po jednej literce z pilota TV.
SmartTube zainstalujesz z pliku APK albo przy użyciu Downloader by AFTVnews ze sklepu Google Play. Wskazówka – jeśli do instalacji apki używasz Google Play, na wszelki wypadek załóż nowe konto tylko do tego celu. Telewizor będzie działał jeszcze wiele lat po tym, jak jego system przestanie otrzymywać aktualizacje bezpieczeństwa. Nie warto narażać swojego podstawowego konta na potencjalne przyszłe zagrożenia.
Użytkownicy urządzeń z systemem Samsung Tizen mogą wypróbować apkę TizenTube. Z kolei youtube-webos to odtwarzacz YouTube dla telewizorów z webOS.
_Sprawdź również:iSponsorBlockTV – frontend Youtube dla TV do samodzielnego hostowania_
### Co nie zadziała?
Nie da się blokować reklam na YouTube za pomocą filtrów DNS-owych, jak np. pi-hole – treści reklamowe są serwowane z tych samych serwerów.
VPN do Albanii może zadziałać. Nie dlatego, że Albania zakazuje reklam w YouTube (to popularny mit), ale z powodu mniejszego rynku reklam w biedniejszych rejonach świata. Pamiętajcie przy tym, że użycie VPN-a i przeglądarki zalogowanej w Google nie zapewnia anonimowości w internecie.
### Bezpieczeństwo
Każda aplikacja pobierana z internetu niesie ryzyko. Niszowe apki ściągane z szemranych źródeł niosą większe ryzyko – np. kilka miesięcy temu złośliwy kod odkryto w kilku kolejnych wydaniach SmartTube.
Przed instalacją aplikacji spoza oficjalnych sklepów oceń swoją wiedzę dotyczącą cyberzagrożeń. Jeśli nie wiesz, czym jest „tryb deweloperski” urządzenia lub nie masz pewności, które uprawnienia można, a których nie należy przyznawać alternatywnym aplikacjom, lepiej całkiem zrezygnuj z ich używania.
## Część 2 – czy wolno omijać reklamy
Czy omijanie reklam na YouTube jest moralne? Po pierwsze i najważniejsze – jeśli do głowy przyszła ci taka myśl, masz dobre serduszko. Słuchaj go i czyń dobro.
W dyskusji wywołanej przeze mnie w social mediach (Twitter, Facebook, LinkedIN) głosy rozłożyły się z grubsza po równo – połowa zapytanych o blokowanie reklam podzieliła się listą swoich narzędzi, druga połowa wskazała zakupiony abonament YouTube Premium. W tej drugiej grupie szczególnie zainteresowała mnie podgrupa przedstawiająca swoją decyzję z moralną wyższością: „płacę za Youtube, bo to Jedyna Słuszna i Prawa metoda pozbycia się reklam”.
Na pierwszy rzut oka wszystko się zgadza – Google jest właścicielem usługi, określa warunki korzystania, jeśli komuś się nie podoba to może sobie pójść oglądać ulubionych twórców do innego serwisu streamingowego. Chwila, jak to nie ma innego? Nieważne, myślmy dalej.
Skoro YouTube serwuje przed filmem obowiązkowe reklamy, to czy etycznym zachowaniem jest wyjście w tym czasie po herbatę? W epoce telewizji nikt nie zadawał sobie takich głupich pytań – bloki reklamowe były znacznie częstsze, niż wizyty w kuchni lub toalecie. Dodam, że Polska szczęśliwie spóźniła się na tę odsłonę kapitalizmu – w USA 45-minutowy odcinek serialu przeplatany jest średnio sześcioma blokami reklamowymi.
W tym miejscu wypada przypomnieć sobie trzeciego aktora na tej scenie – reklamodawcę, który chce dostępu do gałek ocznych widzów. Przy linearnej emisji sygnału odbiorca zasadniczo nie miał jak uciec – jeśli nawet ominął jeden czy dwa bloki reklam, to po kilku(nastu) minutach przygwoździł go trzeci. Dziś sprawy trochę się pokomplikowały.
### … aby troje chciało naraz
Ustaliliśmy już, że mamy w naszym równaniu Youtube’a, reklamodawcę i widza. Nie ma opcji, aby wszyscy byli jednocześnie zadowoleni. Gdy widz patrzy, zirytowany, na przymusową reklamę, zadowolony jest YouTube i reklamodawca. Gdy reklama zostaje przez widza zablokowana, zadowolony jest widz i reklamodawca (ten drugi – bo nie płaci za puste odtworzenia). Gdy widz poszedł do kuchni, zadowolony jest YouTube (bo kasa płynie) a reklamodawca… cóż, byłoby mu smutno, gdyby się dowiedział.
Zwróćmy uwagę, że wszechobecność reklam wcale nie musi być normą. Przywykliśmy do tego, bo były konieczne w przeszłości – np. druk i kolportaż prasy papierowej były bardzo kosztowne, cena okładkowa nie pokrywała z reguły nawet kosztów redakcyjnych (przygotowania tekstów i zdjęć). Brakującą kwotę dosypywali reklamodawcy. Podobnie jest z telewizją – to reklamy pokrywały wysokie koszty przygotowania programów i emisji sygnału.
### Reklamy a gównowacenie internetu
Niechęć do reklam jest nierozerwalnie związana z gównowaceniem usług internetowych (ang. _enshittification_). Neologizm ten został ukuty przez Cory’ego Doctorowa i opisuje cykl życia popularnych serwisów online.
Każda popularna usługa była na początku przydatna, użyteczna i otwarta – dzięki temu zyskiwała popularność. W miarę wzrostu popularności nacisk przesuwa się na wzmożoną monetyzację, mającą przynieść właścicielom jak największe przychody. Towarzyszy temu tłamszenie lub przejmowanie potencjalnej konkurencji, aby utrzymać monopol, a przynajmniej pozycję dominującą na rynku. Każdy biznes ma swoje granice rozwoju (wynikające choćby z liczebności populacji) ale liczby muszą rosnąć cały czas, więc w trzecim etapie gównowacenia to wzrost staje się celem dominującym. Dobro tak użytkowników, jak i akcjonariuszy, zostaje złożone na ołtarzu krótkoterminowych celów podbijających wyniki bieżącego kwartału, choćby w dłuższej perspektywie biznes doznawał przez to trwałego uszczerbku.
Niechciane reklamy pojawiają się na początku etapu drugiego – również wtedy, gdy nie są konieczne z komercyjnego punktu widzenia. Dwa znaczące przykłady: **Netflix i Kindle**.
Gdy we wczesnych latach „kilkunastych” wypożyczalnia płyt DVD **Netflix** przekształcała się w serwis streamingowy, klienci dołączali z jednego powodu – wygody. Aby obejrzeć film, nie trzeba już było jechać do wypożyczalni (albo czekać na przesyłkę pocztową), nie trzeba było nastawiać nagrywania na VHS, nie trzeba było przedzierać się przez pirackie strony w poszukiwaniu plików do pobrania. A to wszystko bez reklam – nie tylko tych w środku filmu, jak w TV czy kablówce – ale nawet bez obowiązkowego intra na płytach DVD.
Gdy w roku 2022 Netflix wprowadził abonament z reklamami, amerykańska cena 6,99 USD miesięcznie wręcz była o dolara niższa, niż podstawowy abonament w roku 2011. Reklamy te są mniej uciążliwe, niż w innych mediach (ok. 5 minut na godzinę), ale bezpowrotnie zniszczyły etos Netflixa jako kina domowego, gdzie seans filmowy może pochłonąć widza bez reszty.
Drugi przykład – czytnik e-booków **Kindle** od Amazona. Chwalony przez recenzentów, uwielbiany przez publiczność, jeden z flagowych produktów księgarni internetowej Amazon. Premiera – rok 2007, kolejne wersje: 2009 oraz 2010. W roku 2011 nastąpiła premiera modelu Kindle 4 z reklamami i ceną niższą o 30 USD od modelu bez reklam.
Umówmy się, że reklamy przeszkadzały naprawdę mało – pojawiały się w dolnej części menu głównego i na wygaszaczu ekranu. E-papier pozwalał na wyświetlanie tylko czarno-białego, statycznego banera. Tym dziwniejsza była więc decyzja o wprowadzeniu reklam, bo przychody z nich były w skali Amazona całkowicie zaniedbywalne, a rabat – nieproporcjonalnie duży w porównaniu do liczby wyświetlonych kreacji. Czyżby chodziło o to, aby klientów najbardziej wrażliwych cenowo przyzwyczajać do wszechobecności reklam?
Do tej pory towary pierwszej potrzeby uniknęły tego losu, ale przecież nie musiały – kto i kiedy zaoferuje tańszy chleb z ulotkami w środku?
### Reklamy jako nowotwór do wycięcia
W niektórych rejonach cyfrowego świata reklamy stanowią agresywny nowotwór, który powinien być wypalony ogniem i żelazem. A jeśli produkty toczone tym rakiem nie mają innej szansy przetrwania, należy dać im zdechnąć. Im szybciej, tym lepiej.
Kilka lat temu w wątku na Twitterze zaprezentowałem przykład tego problemu, grę mobilną z gatunku idle tycoon. Konkretny tytuł nie jest ważny, bo takie praktyki mają miejsce w tysiącach gier ogrywanych przez miliony dzieci na całym świecie. Świat wykreowany w tej grze „gra się sam” przez cały czas – drwale ścinają lasy, fabryki produkują towary – również wtedy, kiedy urządzenie jest nieaktywne. Gdy zaś gracz włączy grę, nadaje kierunek ekonomii – buduje drogi, ulepsza fabryk i elektrownie itd., a potem czeka na efekty. I czeka. I czeka.
Walutą w grze są złote monetki, dzięki którym można nabywać bonusy i przyspieszać postęp gry. Monetki można kupić za prawdziwe pieniądze albo otrzymać za… oglądanie reklam. Zerknijcie na screeny poniżej – te zachęty naprawdę pojawiają się na ekranie co chwilę. A przyspieszacze pozwalają dotrzeć na kolejny poziom w kwadrans, a nie za trzy dni.
kliknij aby powiększyć
Widzieliście screenshota po prawej stronie? Dzieciak dostanie dziesięć monetek (wartych wg cennika gry od 0,30 do 0,48 zł) jako nagrodę za kilka minut oglądania reklam. Nie może odłożyć telefonu i pójść do WC, automat co chwila wymusza interakcję, by upewnić się, że po drugiej stronie jest człowiek gapiący się w ekran. Lekko licząc połowa z tych reklam to promocja kolejnych wariantów uzależniającego gówna, co stanowi gównianą wisienkę na wielkim torcie z gówna.
Serio, jeśli ktoś nigdy nie trafił na grę utrzymywaną z reklam, to nie ogarnie umysłem rozmiarów i miąższości tego szamba. Radio i telewizja ograniczają się same, bo jeśli bloki reklamowe będą zbyt częste i zbyt długie, publiczność przełączy odbiorniki. Albo – dzięki dobrodziejstwom cyfrowej dostawy sygnału – wszyscy nauczą się oglądać program/film z półgodzinną pauzą na dekoderze, aby przewijając reklamy „doganiać” rzeczywisty czas emisji.
Rolki na Facebooku uzależniają. Shorty na TikToku uzależniają. Gry mobilne uzależniają podwójnie, bo dochodzi w nich element rywalizacji (często w grupie rówieśniczej) a intensywność monetyzacji nie napotyka na żadne regulacje. A gdy mamy tysiące graczy, to możemy wyznaczyć metodami probabilistycznymi próg uzależnienia. Przed jego osiągnięciem młody gracz będzie mógł przeskakiwać reklamy, ew. za obejrzenie jednej nieprzeskakiwalnej dostanie suty bonus.
A potem wbija uzależnienie i dziecko dostanie w twarz kilka minut reklam za jałmużnę, która nie wystarczy nawet na pojedynczą premię w grze. No i oczywiście nie będzie już decyzją gracza, kiedy ma czas na granie. To gra wyśle powiadomienia o PROMOCJI. Brak reakcji? OK, podwójna promocja. Przy potrójnej złamie się prawie każdy.
Rozumiecie już, skąd u wielu ludzi bierze się tak głęboka niechęć do reklam? Jeśli biznes spina się tylko dzięki wpychaniu ich w gałki oczne uzależnionych graczy, należy wypalić taką niszę napalmem, do gołej skały.
### Reklama albo komfort życia – wybór (czasem) należy do ciebie
Ktoś mógłby argumentować, że komfort to przywilej bogatych a biedota zawsze musiała płacić swoim zdrowiem i czasem, pracując ciężej i dłużej. Tyle tylko, że koszty powielania i dystrybucji dóbr cyfrowych zbiegają do zera.
Ironią jest, że w niektórych sytuacjach nawet bogaci są dymani, jedynie lubrykant pachnie troszkę ładniej. Lektura cennika serwisu Twitter (obecnie x.com) uczy nas na przykład, że abonament Premium+ to całkowity brak reklam. A przypis informuje, że „całkowity brak” oznacza „okazjonalną promowaną zawartość w rzadziej odwiedzanych obszarach”.
Przypomnę w tym miejscu rozmowę z Jackiem Krywko na temat Ars Techniki, mojego ukochanego serwisu technologicznego. Serwisy tematyczne wspomagane reklamami, jak Ars, nie mają zbyt wiele do zaoferowania płacącym czytelnikom – może to być brak reklam, brak śledzenia i profilowania, kanały RSS z tekstami czy artykuły w PDF do pobrania. Da się żyć bez tych udogodnień. A jednak dostarczanie treści dobrej jakości i budowa trwałej relacji z czytelnikami działają – ja płacę abonament, aby Ars Technica mogła żyć i się rozwijać. Bo jeśli wydawcy nie zepnie się budżet, to jakość spadnie a liczba reklam wzrośnie.
Istnieją twórcy, którzy umiejętnie wyważyli balans między ilością treści dostarczanych za darmo i za pieniądze. Przykładem może być Gergely Orosz i jego blog oraz newsletter Pragmatic Engineer. Jakość dostarczanych co tydzień analiz nie ma sobie równych, średnio co czwarte wydanie jest gratis, reszta trafia do subskrybentów. Koszt subskrypcji to 150 USD rocznie i płaciłbym tyle – wraz z dziesiątkami tysięcy innych subskrybentów – ale pracodawca funduje mi abonament w ramach osobistego budżetu rozwojowego.
### Biblioteki oraz inne formy dzielenia
A gdybym powiedział wam, że w każdej większej miejscowości istnieje co najmniej jedno miejsce, gdzie każdy chętny ma nieskrępowany dostęp do dóbr kultury? Gdzie można ZA DARMO konsumować wybrane treści objęte prawem autorskim a wydawcy nie mają na ten temat nic do powiedzenia?
Mowa o bibliotekach. Nie mówcie o nich Kazimierzowi Staszewskiemu, wiedza o nich tylko pogłębi legendarną stratę Kazika. Warto przypomnieć sobie dawne rozkminy dzisiaj, ćwierć dekady po historycznym szczycie sprzedaży fizycznych nośników muzyki. Muzycy wiedzą już, że jeśli nie ma ich na YouTube i Spotify, to nie istnieją a jednocześnie za milion odtworzeń dostaną raptem kilka tysięcy złotych. Efekt? Trasy koncertowe! Jeśli ktoś lubi zbierać płyty CD, niech zbiera płyty CD. Ja wolę kolekcjonować emocje i przeżycia.
Gdy wejść na salę odpowiednio wcześnie, to do pana artysty ma się kilka metrów
Do pani artystki tak samo
Zasady dzielenia się dobrami kultury trochę jednak ewoluują i to w stronę, która nie podoba mi się. Autor i wydawca, wprowadzając egzemplarz utworu do obrotu, tracą możliwość kontroli dalszych losów tego egzemplarza. Kupioną książkę może przeczytać wiele osób, film na DVD możemy obejrzeć, wyrzucić, podarować, sprzedać itp.
W wariantach cyfrowych często kupujemy nie utwór a licencję na jego odtwarzanie. Tu możemy jeszcze dyskutować o zakresie ustawowego dozwolonego użycia, ale np. gry komputerowe obejmuje zestaw szczególnych przepisów prawa autorskiego. O ile masz pełne prawo do zrobienia bliskiej osobie kopii posiadanej płyty, książki czy czasopisma, to nie możesz wykonywać komuś kopii gry. Jeszcze bardziej złożonym zagadnieniem są serwisy takie, jak Steam i legalność przenoszenia (oraz jurysdykcja) praw tam nabytych.
### Autorzy kontra odbiorcy
Stosunek autorów i artystów do piractwa jest skomplikowany. Jeśli kopiujesz egzemplarz płyty zamiast go kupić, artysta zarobi mniej. Jest jednak absurdem sądzić, że każda kopia oznacza utraconą sprzedaż. Każda zwiększa za to popularność twórczości a więc i szansę, że w przyszłości pójdziesz na koncert, kupisz płytę winylową czy koszulkę. Nie brak historii, gdy mniej znani muzycy prowokowali nagłaśniany „wyciek” plików MP3 ze swoją twórczością, byle tylko dać się zauważyć.
Zdarzały się też akcje stające w poprzek tradycyjnego porządku, np. w 2012 roku Sos Sosowski promował swoją przewspaniałą grę McPixel w samym sercu pirackiego półświatka czyli na serwisie The Pirate Bay – i to w modelu „zapłać ile chcesz”. Autor komunikował wprost: „nie każdy może pozwolić sobie na rozrywkę, ale każdy jej potrzebuje”.
A to pamiętacie?
Umówmy się, że tamtego Netfliksa już nie ma. Zabili go księgowi.
Sam jestem autorem i wydawcą szkoleń online. Całkiem możliwe, że wśród setek klientów znaleźli się tacy, którzy kupili szkolenie i dali dostęp do swojego konta innym osobom. Co mam im do powiedzenia? Otóż: moi drodzy, byłbym pieprzonym hipokrytą, gdybym choć jednym słowem lub gestem to skrytykował. Dziękuję za zakup jednego egzemplarza i rozumiem, że nie mogliście wydać więcej. Dopóki dzielicie się dostępem w zamkniętej grupie, jest OK.
Sam tak robiłem w czasach studenckich, gdy ze znajomymi kupowaliśmy jeden egzemplarz gry shareware i instalowaliśmy kilka kopii. Alternatywą był wyłącznie brak kupna, nabycie wielu sztuk gry nie wchodziło w grę (badum tsss…) z powodów ekonomicznych, student nie wielbłąd.
W niezwykle rzadkich przypadkach autor dostanie więcej pieniędzy, niż by się spodziewał. Mam na myśli autora Total Commandera (o samym programie pisałem kiedyś tak: „ _Gdybym miał zabrać jeden program na bezludną wyspę, byłby to Total Commander. Gdy dostaję do ręki nowy komputer, Total Commandera instaluję jako pierwszego. Gdy budzę się w nocy i chce mi się pić, sięgam po szklankę wody; gdy nie chce mi się pić, sięgam po Total Commandera._ ”). Mam prywatny egzemplarz a następne kupowali moi kolejni pracodawcy – łącznie to już 6-7 licencji.
Przyjazną dla klientów praktyką jest dopasowanie cen produktów cyfrowych do średnich zarobków w danej części świata – np. w Polsce podstawowy abonament na Spotify kosztuje 27 zł a w Indiach niecałe 8 zł (199 rupii). Praktykę taką przyjęło wiele firm prowadzących globalną sprzedaż, ale zdarza się też u mniejszych wydawców (np. w newsletterze Pragmatic Engineer).
### Chamskie piracenie i odkupienie grzechów
Mam na komputerze muzykę i filmy, za które nie zapłaciłem. Nie wszystkie pozyskałem w drodze dozwolonego użytku. Nadal nie stanowi to przestępstwa ani wykroczenia, jednak – w kontekście naszych dzisiejszych rozważań – stanowi jakieś tam moralne obciążenie. Niektórym artystom wynagrodzę to idąc na koncert, ale nie wszystkim.
Nie ma np. możliwości, abym był w stanie zwrócić dług zaciągnięty u autorów tych gier, które na potęgę kopiowałem i ogrywałem za dzieciaka. Pal licho, że w latach ‘90 nie było w Polsce żadnej legalnej dystrybucji gier – część tych autorów już po prostu umarła. Co z tym zrobić? Sposób jest stary jak świat – dobro przechodzi do następnego pokolenia, moje pieniądze dostaną młodzi. Nie zliczę, ile razy kupiłem pod wpływem impulsu jakąś ładną gierkę, odłożyłem na weekend/urlop no i leży do dziś. Wiem, autorzy gier wolą grających klientów – ale jeśli mają do wyboru sprzedaż lub brak sprzedaży, pewnie wolą sprzedaż.
Jednej rzeczy przestrzegam ściśle. Skoro jestem programistą i zarabiam na rynku oprogramowania, to od ponad dwóch dekad 100% softu na moich komputerach jest całkowicie legalne. Dziś jest to skądinąd dużo łatwiejsze, niż kiedyś – masa narzędzi ma tanie lub darmowe wersje domowe, dużo bogatsza jest też biblioteka otwartego oprogramowania.
### Wracając do tematu reklam na YouTube
Rozważania troszkę odbiegły od tematu, wróćmy do głównego wątku.
Masz prawo nie patrzeć na reklamy. Google udostępnia legalny mechanizm osadzania filmów w witrynach zewnętrznych i odtwarza je tam bez reklam. Omijanie reklam nie jest przestępstwem ani wykroczeniem. Być może użycie mechanizmów do omijania reklam łamie regulamin usługi, a jednak firma Google – dysponująca najdroższymi prawnikami świata – nie reaguje na przeglądarkę Brave, która robi to z automatu.
Wycinając reklamy nie zmniejszasz przychodów Google. Megakorporacje kontrolują na rynku reklamowym zarówno podaż jak i popyt. Jeśli liczba odsłon spadnie, cena jednostkowa za emisję wzrośnie. Właściciel marketplace’u takiego, jak Facebook, TikTok czy YouTube, zawsze wychodzi na swoje.
Ponadnarodowe bógtechy są pozbawione etyki. Tu mówimy o firmie wielokrotnie karanej za działania monopolistyczne, zarabiającej na reklamach oszustw i wyłudzeń, promującej patostreamy i teorie spiskowe, firmie zamykającej użytkowników w bańkach dezinformacji, ignorującej ustawienia prywatności usług i urządzeń i podsuwającej dzieciom potok uzależniających treści. W wielu przypadkach działania takie były zwyczajnie sprzeczne z prawem.
Dodajmy, że platformy nie omija bardziej przyziemne gównowacenie – np. w roku 2021 znikł licznik kciuków w dół, przez co dużo trudniej zorientować się, z jakiej jakości contentem mamy do czynienia. Cóż, bogate marki nigdy nie znosiły nadmiaru szczerości (przy czym przez „nadmiar” rozumiemy „choćby gram”). Kilka tygodni temu usunięto sortowanie wyników wyszukiwania po czasie publikacji. I tak to się toczy w tym świecie sterowanym A/B testami i dynamiką zmian KPI.
> Choćby YT premium kosztowało 10 groszy na miesiąc to i tak nie zapłacę, bo ich polityka blokowania wartościowych treści przy jednoczesnym promowaniu patologi jest wyjątkowo obrzydliwa.
>
> — Kamilozo (@kamilozo246) February 4, 2026
Jeśli mimo tego uważasz, że jedynym przyzwoitym zachowaniem jest oglądanie reklam lub płacenie za YouTube Premium, zrób to. YouTube to monopol, nie obejrzę ulubionych twórców nigdzie indziej. Blokuję reklamy i się tego nie wstydzę.
### Czy omijanie reklam zmniejsza przychody twórców publikujących na YouTube?
Tu dotykamy zupełnie innej kwestii, niż dokarmianie miliarderów abonamentem Premium. Czujesz, że blokując reklamy okradasz swoich ulubionych twórców? Tylko… o jakich kwotach mowa?
Załóżmy, że twój ulubiony twórca produkuje godzinę treści tygodniowo. To bardzo dużo. W ciągu dziesięciu lat obejrzysz jakieś 500 godzin nagrań, co przełoży się na… _wait for it…_ od 0.5 USD do 5 USD. Mieszkamy w Polsce, więc mowa raczej o dolnym przedziale. Słowem – dekada oglądania jednego twórcy na YouTube przysporzy mu około 10 zł zarobku. Złotówkę rocznie.
W jaki sposób możesz wynagrodzić autorowi utracone korzyści? Opcja najbardziej oczywista – darowizna albo zakup. Wielu autorów ma swoje konta na Patronite, buycoffee.to, Suppi; wielu sprzedaje produkty opatrzone własną marką. Dowolny datek lub dowolny zakup przyniosą mu więcej kasy, niż dekada oglądania YouTube.
Aby dać dobry przykład, rozpocząłem cykliczne wspieranie twórców Podcastexu (skądinąd na kwotę wyższą, niż Youtube Premium). Nie tylko dlatego, że nowy odcinek to zawsze święto – choć już ten powód wystarcza. Po prostu nie wypadało inaczej zważywszy, jaką niezasłużoną laurkę usłyszałem w drugim epizodzie o polskiej ekranizacji wiedźmina! ( „ _– Wyślemy fakturę – Ale nie macie adresu! – Wyślemy, wyślemy…_ ”).
Pamiątkowe coiny od Zacka Nelsona (JerryRigEverything) za datki na rozwój jego fabryki wózków inwalidzkich
Gdzie indziej zdarzało mi się kupować merch, czasem wpłacać jakieś jednorazowe datki. Polecam interesujący tekst Daniela Janusa o tym, jak mógłby wyglądać (i czasem wygląda) alternatywny rynek książek. Utopijny, ale dziwnie pociągający.
### Doceń swojego twórcę!
Jeśli nie chcesz lub nie możesz wydać pieniędzy, napisz swojemu ulubionemu twórcy, dlaczego lubisz go oglądać. Współczesny internet to ściek, popularni twórcy doświadczają bez porównania więcej hejtu, niż życzliwości. Jeden miły e-mail będzie pamiętany przez miesiące i lata!
Serio. Zrób sobie w głowie listę twórców, których cenisz i których obserwujesz – a potem napisz do nich coś miłego. Najlepiej w e-mailu, bo wiadomości na platformach (anty)społecznościowych często nie docierają do adresata. Jestem absolutnie pewny, że każdy autor woli dostać takiego maila, niż ćwierć grosza za obejrzany film.
Jeśli spotkasz twórcę na żywo – jeszcze lepiej. Rozumiem, że taki Makłowicz czy Lewandowski mogą mieć z tym problem, ale nano- i mikrocelebryci ucieszą się, gdy podejdziesz, powiesz, że czytujesz/oglądasz i że ci się podoba.
### No i co tam, jak tam?
Gdy spytałem w (anty)social mediach, jak blokujecie reklamy, napisaliście ponad tysiąc odpowiedzi – lekko licząc dziesięć razy więcej, niż zwykle. Część zawierała listę programów i pluginów, wielu odpowiadających z dumą informowało o płaceniu za YouTube Premium, inni z nie mniejszą dumą deklarowali, że Google nie dostanie od nich ani złotówki.
YouTube to monopolista i zachowuje się jak monopolista. Wiedzieliście, że kiedyś twórcy treści mogli wybierać, jakie formaty reklamowe pojawią się przy ich filmach? Mogli np. zgodzić się wyłącznie na reklamy przeskakiwalne. Cóż, od trzech lat już takiego wyboru nie mają.
Jeśli jedyną reakcją na dokręcanie śruby będzie większa sprzedaż abonamentu Premium, uciążliwość reklam nie przestanie rosnąć. Dopiero wtedy, gdy publiczność odpowie masowym blokowaniem reklam, mamy szansę na ustanowienie jakiejś formy równowagi.
W najbliższym czasie reklamy pojawią się w Chacie GPT i innych LLM-ach. Zapnijcie pasy, to dopiero będzie jazda bez trzymanki!
* * *
**Zapraszam do dyskusji w komentarzach! Wpisujcie miasta*!**
_*) nie wiem, co to znaczy, ale tak się zawsze pisało_
* * *
* * *
**O autorze:** zawodowy programista od 2003 roku, pasjonat bezpieczeństwa informatycznego. Rozwijał systemy finansowe dla NBP, tworzył i weryfikował zabezpieczenia bankowych aplikacji mobilnych, brał udział w pracach nad grą Angry Birds i wyszukiwarką internetową Microsoft Bing.